Dzień 2, niedziela
Środek ziemi, kucyki, wspinaczka na metalowy wulkan, wieża telegraficzna, hot pot z domkiem

Start

Milena śpi zmęczona po nocce. Wróciła ok. 6 rano. Na stole czeka na nas pyszne śniadanie. Są islandzkie skyry (czyli coś takiego jak nasze serki homogenizowane), polski chlebek, pomidorki… Pyszności…

Jedziemy po Artura na lotnisko. Odbieramy też od razu samochód. Miał być JEEP Grand Cherokee, a dostaliśmy Nissana Patfindera. Nissan jest mniej luksusowy za to trochę dłuższy i ma bardzo płaską podłogę po złożeniu siedzeń. Idealny do spania. Jeszcze szybki wypad do sklepu po prowiant i rozstajemy się z Robertem. Decydujemy się zrobić kółko wokół wyspy. Rzut oka na prognozę pogody i już wiemy, od czego zaczniemy zwiedzanie. W najbliższych dniach słońce ma grzać jedynie we Fiordach zachodnich. Reszta wyspy będzie pokryta gęstymi chmurami.

Kółko wokół wyspy

Wszystko jasne. Ruszamy w stronę legendarnego wejścia do wnętrza Ziemi. Wedle zapewnień Krzyśka Juliusz Verne umieścił to wejście właśnie gdzieś w okolicach czapy lodowej Snæfellsjökull. Niby nic spektakularnego, ale co tam, być na Islandii i nie widzieć wejścia do wnętrza Ziemii? Po drodze widoki są wspaniałe. Zatrzymujemy się praktycznie co kawałek. Fotografujemy wszystko: kamienie, trawę, strumyki, islandzkie koniki, barany…

 

Reykjavík omijamy szerokim łukiem, aby ujechać dziś jak najdalej i nie przegapić czekającego na nas we fiordach słońca. Stolicę zwiedzimy pod koniec podróży. Gdzieś przy szosie widzimy śliczne islandzkie rumaki. Zatrzymujemy się. Przychodzą do nas. Możemy je pogłaskać. Są super spokojne i przyjacielsko nastawione. Robimy sobie z nimi zdjęcia i jedziemy dalej.

Wejście do wnętrza Ziemii

Snæfellsjökull (1446 1446 m n.p.m.) jest pokryty chmurami i trudno ocenić jak wygląda szczyt. Pogoda trochę się pogorszyła i nie wiele widać. Robimy „kółeczko” wokół wzniesienia i kierujemy się na fiordy zachodnie. Po drodze widzimy jakiś skansen, ale jest już zamknięty, więc nie możemy wejść do środka. Podziwiamy jedynie pokryte trawą dachy. Mijamy bardzo charakterystyczną wieżę telekomunikacyjną. Przed zachodem słońca wchodzimy jeszcze na jakiś krater (Saxhóll), ewidentną atrakcję turystyczną, bo są zrobione metalowe schody aż na sam szczyt. Już w ciemnościach jedziemy w stronę fiordów… Wejścia do wnętrze Ziemii nie znaleźliśmy ;(

Dzięki http://hotpoticeland.com/ mamy tam upatrzony „hot pot”, czyli nie gorący garnek, lecz ciepłe źródło. Późną nocą znajdujemy nasz cel. Jest ślicznie i bardzo klimatycznie. Naturalne jacuzzi jest wyłożone kamieniami i głębokie na jakieś 70cm. Można spokojnie usiąść i wygrzać kuperek. Nieopodal jest przebieralnia z naturalnym ogrzewaniem podłogowym 🙂 Głazy wyłożone na podłodze przebieralni są ciepłe. Geotermalny efekt ciepłego źródła. Pewnie woda przepływa dokładnie pod tym domkiem. Mamy szczęście, że nikogo nie ma, choć bardzo blisko jest wybudowany hotel. Wskakujemy i wygrzewamy się w błogim odprężeniu po całym dniu wrażeń. Tak mija nam co najmniej pół godziny. Mimo już bardzo późnej pory w oddali i ciemnościach słychać zbliżającą się ekipę turystów. Trochę wypłoszeni i średnio zadowoleni wychodzimy z wody. Niestety nie jesteśmy sami. Turyści okazują się stosunkowo sympatyczną grupą młodych wschodnich Niemców. Nam już mimo wszystko wystarczy. Wygrzani i odświeżeni wracamy do naszego Jeepa – naszego nowego domu na następnych kilka dni…